Niewiele brakowało, żeby dzisiaj spotkała nas przymusowa głodówka. Rano, już rytualnie, ogarnęłam się i pobiegłam w stronę mojej pobliskiej Biedronki. I cóż ujrzałam – nieczynne. No więc pobiegłam dalej, do sklepiku osiedlowego – i on także zamknięty. Zielone Świątki.
Jedynym otwartym przybytkiem był mały „blaszak” z asortymentem typu piwo-kiełbasa. Na szczęście udało mi się jeszcze dostać stary chleb, makaron i ser biały. Także na obiad będą swojskie kluchy z syrem.
Ale cała ta sytuacja skłoniła mnie do małej refleksji o życiu ateisty w naszym kraju. Zacznę trochę końca, czyli od mojego wniosku: NIE JEST TAK ŹLE.
Może moja opinia wynika z tego, że wychowałam się w bardzo liberalnej i „kolorowej” rodzinie – zarówno po mieczu jak i po kądzieli. Występują bowiem w tej mojej familii wszelkie możliwe przypadki: są zadeklarowani i ukryci ateiści, są wierzący w pochodzenie naszej cywilizacji od UFO, są wierzący – niepraktykujący, są wierzący bardzo gorliwie w boga i kościół katolicki; jest Biblia, jest „Strażnica” i jest „Gazeta wyborcza”. Rozmowy na tematy związane z religią były dla mnie zawsze normalne i nikogo nie dziwiło, że ktoś może mieć inne zdanie. A poza rodziną? Też tragedii nie było. A jeszcze dopowiem, że wychowałam się w niedużym mieście na Podkarpaciu. I może to będzie trochę zaskakujące, co napiszę, ale z mojego punktu widzenia takie miasto, jak moje rodzinne jest na ateistów i innych „odmieńców” całkiem dobrze przygotowane. Dlaczego? A no dlatego, że to bardzo wymieszany kulturowo region. Historia rzuciła w to miejsce Polaków, Ukraińców, Żydów, Greków i inne narodowości. Wszystkie te kultury się mieszają i nikogo w takim Przemyślu, Sanoku, czy Jaśle nie dziwi, że kolega z klasy nie chodzi do kościoła, tylko do cerkwi albo, że jego tata jest duchownym.
Od dwunastego roku czuję i deklaruję, że bozi nie ma. I naprawdę nie spotkało mnie nic strasznego z tego tytułu. Kiedy oznajmiłam w szkole, że nie przystąpię do bierzmowania, nikt mi nie robił wyrzutów. Nawet katechetka przyznała, że w takiej sytuacji postępuję właściwie.
Potem studia. Przez pięć lat studiowałam na Uniwersytecie Rzeszowskim, który uznawany jest za mocno związany z kościołem katolickim (niby taki podkarpacki KUL). I jasne – odbywają się na nim często warsztaty, wykłady i spotkania o tematyce prokościelnej, nawet jakieś tam zloty z patronatem Radia Maryja, ale nigdy w ramach zajęć obowiązkowych. Kto chce, ten uczestniczy, kto nie, to przecież nie musi. Mało tego, w Instytucie Filologii polskiej wykłada całkiem sporo ateistów. Sama pisałam pracę roczną, w której krytykowałam zjawisko kultu świętych, a kilka prac magisterskich na moim roku dotyczyło demonów, magii i okultyzmu w literaturze. Nie było z takimi tematami żadnego problemu.
Faktem jest, że nieuczestniczenie w religijnej wspólnocie i nierespektowanie kalendarza liturgicznego może mieć przykre konsekwencje. Takie jak np. dzisiaj mnie spotkały (czyli małe zaskoczenie przed zamkniętym sklepem). Inna rzecz to pewien problem z luźną dyskusją na tematy okołoreligijne na większym forum. Ale ostatecznie, i tak nie z każdym mam ochotę na takie tematy dyskutować.
Jest też oczywiście kwestia działalności fanatyków w naszym kraju. Ale czy tylko w naszym? Przy okazji całego zamieszania z krzyżem pod pałacem prezydenckim w ubiegłym roku, przypomniałam sobie podobne akcje w jaśnie oświeconych Stanach Zjednoczonych. Pamiętam sytuację z usuwaniem tablic z Dekalogiem z budynku jakiegoś sądu i ludzi leżących krzyżem i walczących w obronie tychże tablic.
To, co faktycznie mnie wkurza to konkordat. Nie rozumiem kompletnie dlaczego mam płacić podatek na KK, z którym tak niewiele mam wspólnego. I naprawdę drażnią mnie wszelkie ułatwienia, ustępstwa dla kościoła w najróżniejszych sytuacjach – od zwykłych, codziennych spraw po np. zakup ziemi.
Kończąc dodam jeszcze optymistycznie, że kompletnie nie widzę tych 90% katolików w Polsce. Nie wiem, może naprawdę żyję w jakimś kloszu, ale kiedy myślę o moich bliskich, krewnych, przyjaciołach i znajomych, to ni jak nie mogę się takiej liczby dopatrzeć…


